
Przyjeżdżamy na miejsce wczesnym rankiem. Wysadzasz mnie u podnóża Starego Miasta. Na jakiś czas musimy się rozstać, masz swoje sprawy do załatwienia, ja także jestem tu nie bez powodu.
Patrzę na twarz mateńki i widzę, że od soku z owoców nasze usta nabierają śmiertelnie poważnego koloru.
Leżymy dobrze ukryci. W miejscu, w którym nikt nas nie dojrzy. Może z wyjątkiem pasterza wędrującego ze stadem po wzniesieniu obok, ale on prawdopodobnie niczemu się nie dziwi. Dobrze rozumie naszą potrzebę ułożenia się we własnej kruchości, odczucia bólu i ukojenia tego ziemią, zapadnięcia się w głąb.
Nasze Przyrzeczenia w Karmelu.
W ciągu ostatnich miesięcy odkrywam z mocą i jasnością, jakby w doznaniu z pogranicza cudownych, wielkich i miłosnych objawień, jak bardzo przy Tobie i dzięki Tobie się zmieniłam.
Zima tego roku była mroźna i śnieżna. Tak, śnieg sypał długo i przykrył ziemię solidną warstwą ciężkiej, majestatycznej bieli. Mróz skuł nasz ogród w nieruchomocichym obrazie. Ptaki także w nim milczały.
Zbliżamy się powoli do niewielkiej beskidzkiej wioski. Nigdy wcześniej tu nie byliśmy i właściwie nic żeśmy o niej nie słyszeli, ale już sama nazwa wybrzmiewała zachęcająco, więc poddałam myśl, żeby tu jak najprędzej przyjechać. Przeczucie nie myliło mnie.
Straszna Tajemnico, niech ocali nas wszystkich Twoja miłość. Teraz, ale i w godzinę śmierci. I w pierwszym oddechu po niej.
Żywe ciało nocy. Lśni czarno jego gruba, zwierzęca sierść. Za oknem grudniowa zamieć. Jej siłę ujawnia teraz jedynie migoczące światło przydrożnej latarni, które dobiega do nas od wschodniej strony. Światło drży. Światło zmaga się z naporem burzliwej nocy.
Niech świat śpi, kiedy ja, pod osłoną nocy, kradnę życie.